tak sie czasami zastanawiam i sobie mysle...
po co one rosna kiedy i tak zaraz wypadna azeby kolejne urosly w ich miejsce?
nie latwiej by tak bylo urodzic sie 'z' i nie meczyc sie tyle?
my jak my, ale takie male niewinne bobiątko... ehhhhh
niekiedy bezsilnie rozkladamy rece, bo co mozna zrobic kiedy zrobilo sie juz chyba wszystko, a one i tak wyjsc musza?
ale patrzec jak malutka sie meczy, placze, marudzi, przytula, nie mogac znalesc sobie miejsca i nic absolutnie nic nie pomaga...
straszne
ale wierzcie mi ze te do tej pory, to naprawde byl pikuś ;)
teraz ida nam cztery czworki i dwie dolne dwojki... kolejnosc sie troszke poprzestawiala (a czy to zawsze musi byc ksiazkowo... oczywiscie ze nie!)
i tak przyznam szczerze, ze teraz to dopiero jest szkola przetrwania i dla nas i dla malej N.
kazdy objaw ksiazkowego bolesnego zabkowania pojawial sie
dzien w dzien,
noc w noc
biedna mala N.
ale...
wreszcie sa, trzy sobie poradzily...
apetyt jest,
usmiech jest,
minki sa,
szalenstwo w oczach - jest
i to nieustajace poszukiwanie tego 'co by tu zmajstrowac' zdecydowanie powrocilo ;)
tak nam tego brakowalo, ze juz normalnie czlowiek wariuje i sie zastanawia....
a moze to cos innego?
nie - to nie jest nic innego - to sa okropne przebijajace sie zebole,
na ktore kazda mamusia tak bardzo mimo wszystko czeka i sa <3
a oto dowod:
na te czworeczki:
dobranoc :*
nie zgadzam sie na kopiowanie, wykorzystywanie i jakiekolwiek przetwarzanie moich zdjec